Mógłbym w to miejsce skopiować opis moich poprzednich maratonów, nanieść małą korektę na czas i dać sobie spokój z rozpisywaniem się o kolejnym. Jeszcze wczoraj pewnie bym tak zrobił, ale dzisiaj, kiedy emocje już opadły, wrócę na chwilę na trasę dwunastego maratonu poznańskiego.
W sobotę umówiliśmy się na spotkanie blogaczy. Fajnie, że znajomości z Emilią i Tomkiem udało przenieść się z ekranu komputera do świata realnego. Do zobaczenia ponownie!

W niedzielę od rana byłem dziwnie zmęczony, wręcz zniechęcony do jakiegokolwiek wysiłku, a przede mną był przecież maraton, czyli wysiłek nie byle, jaki. Rezygnacja przed startem nigdy nie wchodzi w grę (nie licząc poważnych kontuzji), więc ustawiłem się z tył, a do zegarka wklepałem ostrożne tempo na cztery i półgodziny.Mimo tego wirtualny zając uciekł zaraz po starcie, więc przełączyłem ekran w Garminie, żeby nie przyszło mi do głowy rzucać się za nim w pogoń i kontynuowałem bieg bardzo spokojnie. Chwilami musiałem się mocno hamować, bo przy niektórych kibicach nogi aż same niosły. W tej kategorii na szóstkę z plusem zasłużyły dzieciaki z Zamenhoffa. Szpaler uczniów zafundował lepszy doping niż kibice na Kolejorzu.
Do 22 kilometra dobiegłem bez problemów. Kiedy pomyślałem, że do mety jest już z górki złapał mnie skurcz, trochę powyżej lewego kolana. Normalnie takie skurcze zdarzały mi się podczas maratonu na 39, 40 kilometrze, ale na 23?! Nie chciałem przechodzić do marszu, bo wiedziałem, że powrót do biegu będzie jeszcze trudniejszy niż kontynuowanie go, ale po kilkuset metrach nie miałem wyjścia. Przemaszerowałem kawałek i spróbowałem biec. Dobrze było przez kilkadziesiąt, może sto parę metrów i znowu marsz. Zacząłem kalkulować. Wynik poniżej pięciu godzin był już bardzo mało realny, a każdy powyżej zupełnie mnie nie interesował. Po co mi taki kolejny maraton? Czułem złość, jak Polacy, przeciwko którym Howard Webb gwiżdże karnego w 93 minucie. Przeszedłem pod taśmą na chodnik i już chciałem odpinać numer startowy, kiedy za plecami usłyszałem, że mam wracać na trasę i maszerować. Odwróciłem się i zobaczyłem starszego pana idącego na prawie wyprostowanych przez skurcze nogach.
Co mi szkodziło spróbować? Przemaszerowałem kawałek za nim i znowu zacząłem biec. Trochę pomogło. Takim nieuporządkowanym Galloway’em przemieszczałem się, aż do 36 kilometra. Mimo, że już nie walczyłem o wynik, nadal korzystałem z pakietu maratońskiego odżywek Enervit, który z trudem upakowałem w kieszonkach. Przydał się, bo energii na tych ostatnich kilometrach mi nie brakowało. Maszerowałem szybciej niż większość biegła (z tych, którzy jeszcze biegli), a kiedy już biegłem to szybciej niż zaczynałem maraton. Tylko mięsnie, co chwilę odmawiały posłuszeństwa. Może czas zabrać się za naprawdę solidny trening siłowy, a może przestać tak bardzo spinać się na wynik, bo na długich wybieganiach takich problemów nigdy nie miałem?
Wracając jeszcze do maratonu, dla kronikarskiej rzetelności dodam, że ukończyłem go w czasie 5:06:38, czyli…życiówka, która oddaje jak mi te maratony nie idą, ale co tam. Jak głosił napis na autokarze polskich piłkarzy podczas Mistrzost Europy w 2008 roku, liczy się sport i dobra zabawa. Jednego i drugiego na maratonie nie brakuje.
P.S Gratulacje dla debiutantki Emilii, Tomka i Bartka! Rewelacyjne wyniki! Pozdrowienia dla maratończyka, który zawrócił mnie na trasę. Dzięki!